Południowe plaże Brazylii rozciągające się pomiędzy São Paulo a Rio de Janeiro, to labirynt zatok, zatoczek, półwyspów i wysp, wyrzeźbiony na styku krystalicznego oceanu i ciemno-zielonych lasów falujących na stromych wzgórzach, z których wodospady kłaniają się Atlantykowi.
To właśnie te wzgórza przygniatające brzeg do morza odpowiedzialne są za Ubatubę – miasteczko marzenie. Ograniczone z dwóch stron naturą, przestało rozrastać się niekontrolowanie niczym Rio de Janeiro i zachowało spokojny charakter, jednocześnie wchodząc we władanie długich plaż poprzecinanych lasem atlantyckim i strzeżonych przez skały, obok których pasą się żółwie.
Tu też mieszka Ju. Niedawno się rozwiodła po 16 latach małżeństwa, z którego ma 4 synów. Mieszka z nimi, matką, siostrą i siostrzeńcem w dwóch pokojach i jest jedną z najszczęśliwszych osób, jakie spotkałem w Brazylii. Przez dwa dni jeździmy rowerem po miasteczku i Ju pokazuje mi zakamarki miasteczka, jednocześnie krzycząc do mijanych kuzynów, przyjaciół i znajomych, bo zna tu wszystkich. Jest szczęśliwa, bo może oddychać.
To miasteczko, przez które przelatuje Zwrotnik Koziorożca, jest też punktem zwrotnym w historii Brazylii. Ale by to zrozumieć, musimy cofnąć się w czasie o 5000 lat.
Właśnie wtedy w sercu Amazonii narodził się lud Tupi. Być może wyszedł on z łona Pachamamy, odpoczywającej na brzegu Amazonki, być może przywędrował z Polinezji przez Cieśninę Beringa. Z dżungli lud ten migrował kilka tysięcy lat, aż rozsypał się na całe wybrzeże wschodniej Brazylii siatką plemion i wiosek. Niektóre z nich były zamieszkiwane nieprzerwanie przez stulecia. W niektórych z nich żyło 2000 osób, choć większość była zamieszkiwania przez kilkaset. Coś pomiędzy średniowieczną wioską a miasteczkiem.
W sumie milion osób, uprawiających rolnictwo, poliamorię, kanibalizm i wojnę.
Brazylijczycy których tu spotykam lub czytam, mają tak samo wyidealizowany obraz tubylców, jak Polacy, których poznawałem na warsztatach szamańskich w ojczyźnie. Rdzenna ludność jawi się w naszej wyobraźni jako niewinne Avatary™, pełne mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie, żyjące w harmonii z naturą. By za chwilę przeciwstawić ich (nie bez powodu, ale o tym później) okropnym białym kolonizatorom.
Łatwo pominąć, że centralnym elementem kultury Tupi była zemsta i wojna, w której należało pojmać wroga, zniewolić, by po pewnym czasie zjeść go, przy okazji zapraszając sąsiadów na grilla.
Przez chwilę zadaję sobie pytanie, czemu tyle setek lat brutalnej rywalizacji, nie sprowokowało dominacji jednego plemiona nad innymi i wytworzenia czegoś na kształt nowoczesnej cywilizacji.
To złe pytanie. Bardziej uzasadnione to – jakim cudem niektórym ośrodkom udało się ją wytworzyć, skoro przez ostatnie 10 000 lat ludzkość była zafascynowana odkrywaniem, jak można zabijać się lepiej. Współczesna socjologia odpowiada równie brutalnie: to właśnie wojna była impulsem do tworzenia państw.
W mniej więcej 1500 inny naród z porównywalną liczbą ludności i z również bogatą tradycją zabijania przybył do Południowej Ameryki. Portugalczyk Pedro Álvares Cabral, na polecenie króla, zboczył z kursu do Indii, w nadziei na poznanie nowego lądu i oficjalnie odkrył Brazylię (przy okazji zmuszając tych żeglarzy, którzy uczynili to przed nim, do emigracji do przypisu na marginesie historii).
10 lat później, nie do końca wiadomo jak, przybył do Brazylii 17-letni Jan Ramalio z Portugalii (João Ramalho), niepiśmienny rozbitek (?), uciekinier (?), kolonizator (?), żyd (?), którego życie jest definicją słowa „awanturnik” i zasługuje na pełnometrażowy film o dojściu do chwały w roli kapitana-generała-protektora aż do gorzkiego zakończenia, gdy bohater umiera zapomniany w dżungli.
Za młodu wżenił się w lokalne plemię Tupinã-ki, biorąc za swoją drugą żonę córkę wodza o imieniu Kwiat Drzewa i zapominając na dobre o pierwszej żonie Catarinie Fernandie das Vacas z Portugalii, która została zapamiętana w jego testamencie jako służąca.
Gdy 20 lat później do Brazylii zaczęły spływać armady żądne złota, nasz Janek był już poważanym szefem wioski, nauczył się lokalnych zwyczajów, w tym poliamorii i zdobywania niewolników z innych plemion. Od siebie dodał nowy zwyczaj – sprzedaży tych niewolników Portugalczykom.
I choć nie w smak jezuitom było jego barbarzyńskie życie pozbawione Jezusa, które postanowili przyprawić ekskomuniką (później cofniętą przez jego przyjaciela), to był on niezbędnym kluczem, który otworzył Portugalczykom bramy Brazylii – pokazał indiańskie ścieżki wiodące w głąb złotonośnych gór, dostarczył pierwszych niewolników budujących portugalskie osady i był odpowiedzialny za pierwszy sojusz Tubylców z Portugalczykami.

Inne plemiona Indian Tupi, nie zamierzały tego tolerować dłużej. W odpowiedzi na ciągłe ataki Portugalczyków i porwania, wódz Cunhambebe z plemiona Tupinambá (który za swego życia pożarł 60 kolonizatorów) skrzyknął inne plemiona wybrzeża do Ubatuby i pod swoim przywództwem utworzył Konfederację Tamoios – pierwszy sojusz military Indian przeciwko Portugalczykom, liczący 10 000 wojowników. Wraz z pomocą Francuzów, którzy w owym czasie próbowali swoich sił w kolonizowaniu Brazylii m. in. na terenach dzisiejszego Rio do Janeiro, zaczęli bezlitośnie atakować osady i szlaki Portugalczyków na cały wybrzeżu oraz sprzymierzonych z nimi Indian Tupinã-ki.

Po roku, nie mogąc uzyskać przewagi militarnej, Portugalczycy zmuszeni byli uciec się do sięgnięcia po broń ostateczną – jezuitów. Dwóch ojczulków wysłanych do Ubatuby, jakimś cudem zdołało przekonać Indian do zaprzestania ataków i podpisania Traktatu Pokojowego z Iperoig (dziś: Ubatuba).
Pierwszym z ojczulków był Manuel da Nóbrega – przyjaciel naszego Janka awanturnika, który cofnął mu ekskomunikę i postać kluczowa w ustanowieniu trzech najbardziej znanych miast Brazylii: Salvadoru, São Paulo i Rio de Janeiro. Drugim był José de Anchieta – poeta i dramaturg, postać równie monumentalna. Ja nazywam go pierwszym politykiem brazylijskim. W trakcie swojej wizyty u Indian zdradził tajemnicę spowiedzi dla celów militarnych i przekonywał Tubylców do podpisania pokoju, obiecując im równość, przyjaźń i braterstwo. Po wielomiesięcznych negocjacjach Indianie uwierzyli. Podpisali traktat pokojowy, regulujący prawo do wydobycia złota, podział terytoriów i obietnicę zaprzestania zniewolenia Indian, w zamian za obietnicę zaprzestania ataków.
Po roku pokój został złamany przez Portugalczyków, którzy naprawdę potrzebowali niewolników na plantacjach trzciny cukrowej i w kopalniach złota. W odpowiedzi Konfederaci znów zaatakowali. Lecz tym razem Portugalczycy byli zdeterminowani i przygotowani by pokazać swój wielowiekowy wachlarz doświadczenia na polu zabijania. Wraz z pomocą posiłków przybyłych z Portugalii: 3 galeonów i dwóch statków wojennych oraz skatechizowanych Indian zmasakrowali doszczętnie Indian Konfederacji Tamoios, plądrując wioski, zabijając tysiące i zniewalając tysiące. Raptem 75 lat po odkryciu Brazylii. Nieliczni tubylcy, którzy przetrwali, rozproszyli się, uciekając w głąb lądu.
W miejsce tych wszystkich masakr powstawały miasteczka o anielskich nazwach, jak Święta Helena, Święty Inácio czy Matki Naszej Przenajświętszej.
Co ma Papież Polak do tego historycznego rozgardiaszu sprzed 400 lat? Ojczulek-polityk, który przekonywał Indian do pokoju, znany jest dziś jako Apostoł Brazylii. W 1980 został beatyfikowany przez Jana Pawła II i ustanowiony świętym przez papieża Franciszka, w jednym z najdłuższych procesów beatyfikacyjnych w historii. I choć dla zwykłego świętego potrzeba dwóch cudów, by zostać świętym, to Anchiecie wystarczył jeden. Z 1597 roku.
Na początku XX wieku krzywdy Indian weszły do dyskursu publicznego. W 1934 roku, ich prawa zostały rozpoznane i wpisane w drugą konstytucję Brazylii. I potwierdzone trzema konstytucjami, mówiącymi o tym, że „os índios são os primeiros e naturais senhores da terra” – „Indianie są pierwszymi i naturalnymi panami ziemi”. Z czego ostatnia 8 lat po beatyfikacji ojczulka José de Anchieta.
Dziś Tupi znów żyją na wybrzeżu w wioskach, w rezerwatach położonych na ich ziemi. Sprzedają rękodzieło turystom, prowadzą bary na plażach i ceremonie Ayahuasci w szałasach. Ubatuba z dumą nosi tytuł Resortu Turystycznego i Stolicy Surfingu. 44% ludzi w Brazylii o brązowym odcieniu skóry, to potomkowie Indian wymieszanych z Europejczykami i Afrykanami zaś język portugalski posiada takie słowa jak Caboclo, Mameluco, Cariboca, Curiboca, Cafuzo – oznaczające różne rodzaje mieszanek Indian z innymi Rasami.
Dziś w Amazonii ludzie dalej kolonizują – zabijają Indian w dżungli i odbierają im ziemie pod uprawy. Kościół Ewangelicki wyśmiewa rdzenne wierzenia i piętnuje rytuały, przez co coraz więcej osób odchodzi od kultury swoich ojców. W ten sposób chcą zabić najcenniejszą rzecz, jaką Brazylia zyskała przez te pełne okrucieństwa pół tysiąca lat – unikalną mieszankę kultur, która wręcz wymusza swoją różnorodnością szacunek dla innego.











Nie ma jeszcze komentarzy