Menu

15 minut raju, czyli ostatnie z takich miejsc

Uncategorized mar 02, 2025

12 milionów lat temu, gdy po ziemi chodziły już naczelne będące bezpośrednimi przodkami małp i człowieka, wulkan na dnie Oceanu Atlantyckiego zirytowany przesuwającym się nad nim dnem, w akcie buntu zaczął wyrzucać z siebie magmę.

Przestał po 10 milionów lat, gdy pierwsze gatunki człowieka odkrywały ogień. Wulkan pozostawił po sobie podwodną górę, wysoką na 4 km, której czubek wysunął się ponad powierzchnię wody niczym rurka do nurkowania, by zaczerpnąć choć trochę powietrza; długi na 10 km i szeroki na 2 km pasek suchego lądu.

Po kolejnych dwóch milionach lat, gdy gatunek człowieka, do którego przynależymy, wytępił wszystkie inne gatunki ludzi, wyspa została odkryta w XVI wieku przez portugalskich marynarzy, po czym w mgnieniu oka przeżyła wszystkie obowiązkowe punkty programu istnienia równolegle z naszą cywilizacją: była zdobywana przez różne nacje, widziała stłumiony w zarodku bunt niewolników, doświadczyła bycia wyspą więzienną (w tym dla więźniów politycznych), podczas której większość drzew na wyspie została wycięta. Poznała też Amerykanów, którzy ustanowili na niej bazę wojskową na potrzeby drugiej wojny światowej. Pod koniec lat 80 XX wieku wraz z upadkiem dyktatury, ta brazylijska wyspa także odzyskała wolność i rozpoczął się powolny, acz nieuchronny boom turystyczny.

Fernando de Noronha. Tropikalny kawałek raju na oceanie, położony 400 km od wybrzeży Brazylii, 3 stopnie od równika, gdzie podwodne życie wibruje wszystkimi kolorami rafy koralowej pokazywanej w National Geographic, plaże o turkusowej wodzie z widocznością do 40 metrów są zamykane z powodu rekinów, używanie plastikowych torebek, kubków czy słomek jest zakazane, by chronić żółwie przed uduszeniem i delfiny przed jedzeniem mikroplastiku, a ptaki o kolorowych dziobach moszczą sobie gniazda na drzewach wrastających w bajkowe klify. Tej apoteozie życia przyglądają się żółte i czerwone kraby, siedzące w nadmorskich lasach i zajadające ze smakiem zbutwiałe liście.

To jedno z ostatnich takich miejsc o wciąż czystej wodzie i powietrzu. Mieszka tu na stałe 3 tys. śmiałków, gotowych na życie w mikroświecie z dala od lądu, gdzie maksymalny dystans, jaki można pokonać samochodem, wynosi 15 minut.

Rocznie jest odwiedzane przez 130 tys. turystów.

Jeszcze chwilę temu, było tu inaczej. We wczesnych latach ’90 rocznie przez wyspę przewijało się raptem 10 tys. gości. Jeszcze dwadzieścia lat temu odgłos samochodu był rzadkością, a największą popularnością cieszył się szlak historyczny.

Dzisiaj ludzie na co dzień siedzący w biurach i wiodący pospieszny tryb życia, przyjeżdżają na wyspę, siedząc w samolocie. Następnie (siedząc), są szybko rozwożeni vanami po wyspie, by przez kilka dni szybko pomykać w głośnych buggy (siedząc), jeździć w pickupach z krzesłami na pace, zamawiać taksówki pobierające bajeczne opłaty za ultrakrótkie kursy, pływać (siedząc) na stateczkach, łodziach hawajskich, jeździć na rowerach (elektrycznych) czy w końcu leżeć na plaży.

Co odważniejsi chodzą na krótkie szlaki, wiedzeni żądzą upolowania jak najlepszego selfie. Nawet jeżeli ma to być selfie z truchłem żółwia zagryzionego przez rekina tygrysiego. W zaciszu pensjonatów postują zdjęcia na Instagram, używając satelit Starlinka, mknących szybko po orbicie planety.

Dziś szlaku historycznego nie ma w ofercie.

Dla turystów to raj. Dla lokalnej ludności — życie. Odsolona woda morska, wciąż zawiera za dużo soli, co wraz z solą w powietrzu przekłada się na nadciśnienie. Turystyka nigdy nie jeździ na wakacje, a więc praca jest 7 dni w tygodniu. Pracownicy gnieżdżą się w małych pokojach po kilka osób. Tak jak wszystko na wyspie jest importowane z lądu, tak i sami turyści będący źródłem, pracy, są zarazem źródłem importowanej rozrywki na połaci monotonnej codzienności — każdy z nich jest w końcu jakąś nowością. Nieziemsko wysokie ceny produktów są takie same dla turystów, jak i dla mieszkańców. Bo Fernando de Noronha tak jak jest bajecznie piękna, tak i jest bajecznie droga. Wszystko kosztuje tu 4 razy więcej niż na lądzie. Do tego opłata klimatyczna (100 za dzień), opłata wstępu do parku, opłata za przewodnika, opłata za każdy punkt programu. Więc na wizytę w czystym raju stać tylko tych, którzy najbardziej zatruwają planetę — bogatych. To tu przylatuje elita Brazylii.

Mimo zakazu używania jednorazówek czy słomek, badania pokazują wzrost stężenia mikroplastiku w wodzie. Jednorazowy plastik dopływa na wyspę — w postaci palet butelek z gazowaną wodą z cukrem i kofeiną, wyładowywanych w porcie, co zwie się Coca-Cola. Opakowań od masła, sera, szynki. Buteleczek szamponów, odżywek, kremów przeciwsłonecznych. Dzienna opłata klimatyczna nie powstrzymuje tego strumienia. Pieniądze nie ratują tego raju.

Dziś bezpośrednia konsumpcja odpowiada już za 25% mikroplastiku w wodach wyspy. Pozostałe 75% wciąż pochodzi z osprzętu używanego w rybołówstwie.

Powietrze jest czyste i nieczyste zarazem. Czyste, bo atlantycki pasat nieustannie rozwiewa spaliny samochodów oraz lokalnej elektrowni, pijącej diesel 24h na dobę przez generator. W trakcie sztormowej pogody, gdy statek z ropą nie może wejść do portu, generator staje i wyspa pogrąża się w ciemności.

Instalacja paneli słonecznych na każdym domu zaspokoiłaby 80% zapotrzebowania na prąd. Rozważa się też budowę paneli słonecznych na morzu. Jak na Brazylię, to science-fiction, gdy pomyśli się o kosztach.

Woda jest czysta i nieczysta zarazem. Czysta, bo ciągły dopływ świeżej wody, zabiera wszystkie ścieki, ale lokalna infrastruktura nie wyrabia z ich przetwarzaniem, gdyż nie jest przystosowana do takiej ilości przyjezdnych. Jeszcze w 2021 badania wskazywały, że woda na wszystkich plażach jest super czysta. Przez ostatnie cztery lata sytuacja zaczęła się pogarszać. W ostatnim roku przez sześć miesięcy został przekroczony miesięczny limit turystów.

Nowo wyremontowane lotnisko będzie mogło odebrać 400 tys. pasażerów rocznie, w tym duże samoloty z São Paulo.

Wydaje się być kwestią czasu, nim pieniądz zniesie wszystkie racjonalne limity turystów. Jeśli turyści bezpośrednio nie przyczynią się do zniszczenia wyspy, to zrobi to nasza wrodzona chciwość posiadania więcej i doświadczania więcej. Mikroplastik przypłynie wiedziony prądami morskimi z Afryki, nagrzewające się pasaty podniosą temperaturę na tyle, że rafa koralowa obumrze, a cudowna wysuszona zieleń — spłonie. Za 50 lat lotnisko na 400 tys. osób rocznie będzie stało nieczynne.

Jest coś przewrotnego w fakcie, że szczytowe osiągnięcie techniki, jakim jest internet satelitarny, należący do najbogatszego człowieka na świecie, służy innym bogatym ludziom do relacjonowania postępu w niszczeniu obiektu z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Relacjonowanego poprzez selfie – indywidualny wyraz złudzenia o ważności naszego życia. W ten sposób selfie staje się ostatecznym symbolem egoizmu niszczącego planetę. „Suicide-selfie” będzie się nazywać ostatnia sieć społecznościowa.

W trakcie swojej podróży, która dostarczyła materiału do napisania „O powstawaniu gatunków”, Karol Darwin zatrzymał się na krótko na Fernando de Noronha. Dziś po wizycie na tej i na innych wyspach napisałby „O zanikaniu gatunków”.

Rozmawiałem niedawno z Jessicą, o tym, że ludzkość zmierza do smutnego punktu końca zjednoczonej cywilizacji, jaką znamy i tylko fuzja jądrowa może nas uratować. Która jest zawsze 30 lat w przyszłości. Wywołuało to smutek i marazm, z którego wyrwał mnie Aliton Krenak — rdzenny brazylijski pisarz, filozof i ekolog z plemienia Krenak.

Zmierzch ludzkości w dotychczasowym kształcie wydaje się czymś negatywnym, tylko jeśli zakładamy, że jesteśmy ważni (religie zazwyczaj mają pierdolca na tym punkcie). Dla rdzennych plemion nie ma różnicy między kamieniem, rzeką, drzewem, zwierzęciem czy człowiekiem. Wszystko to jest równorzędną i żywą częścią natury. Nawet jeżeli doprowadzimy do naszej (ludzkiej) zagłady, to nic złego się nie stanie. Dalej będzie istniał kosmos, planeta, rzeka, kamień i zwierzę. I to samo w sobie jest dobre i wystarczające by harmonia wszechświata została utrzymana.

Od siebie dodam, że być może jest to los każdego inteligentnego życia. By pojawiła się inteligencja, potrzebne było środowisko wywierające presję przetrwania. W nim najważniejsze jest przeżyć, zgromadzić zapasy i się rozmnożyć. Egoistyczne strategie wygrywające w krótkim przedziale czasu (ja, moje plemię), zostają spotęgowane w okresie dominacji techniki do poziomu, który prowadzi do destrukcji środowiska, w którym powstało inteligentne życie. A że egoizm mamy w genach i wszystkie nurty stawiające na długotrwałe ponadplemienne harmonijne współżycie przegrywają z bardziej agresywnymi nurtami (np. nekrokapitalizmem i autokracją), autodestrukcja wydaje się jak najbardziej naturalną koleją rzeczy. I pozostaje tylko rozkoszować się widokiem apokalipsy oraz życia w najciekawszych czasach na przestrzeni 300 tys. lat istnienia ludzkości.

Za dwa miliony lat Fernando de Noronha dalej będzie wznosiła się ponad bezkresnym oceanem. Nas już tu nie będzie. I być może jakoś daleki potomek królika, będzie uderzać dwoma kamieniami o siebie, aż pojawi się ogień.

5

1 komentarz

  1. Gazer pisze:

    To zaskakujące, że w chwili poczucia głębokiego osamotnienia, wynikającego z odosobnionej wizji otaczającej mnie rzeczywistości, wpadam na ten wpis.
    Miło mieć w świadomość, że ktoś myśli podobnie.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *