Jedź do raju, mówili. Będzie fajnie, mówili.
Gdy dwa lata temu wyjeżdżałem do Brazylii, zastanawiałem się jak pogodzić poznawanie nowego egzotycznego świata, z potrzebą zejścia w głąb siebie, a wszystko to w warunkach kryzysu średniego.
Okazało się, że nie ma nic do godzenia, a kryzys nie jest kryzysem.
Lecz nim stworzyłem tę interpretację, musiałem się przyjrzeć, jak się unieszczęśliwiam w raju. Gdzie nie było na co narzekać, bo nie było polityki, cen, ludzi takich, pogody nijakiej. Były owoce, tańce i Słońce. Okazje wygrane, przegrane i pomylone.
A mimo to pozostałem nieszczęśliwy. I już nie było ucieczki przed smutkiem wewnętrznym, auto generowanym, zaprogramowanym. W ciszy gór nie było czym zagłuszyć wewnętrznego głosu ocen, stwierdzeń, opinii. W bezruchu na skałach rzek, ciało tężało coraz bardziej w napięciu płynącym ze słów wewnętrznego krytyka. Napięciu, które przysiadało kolejnymi warstwami na ramieniu, a któremu dziwiły się kolorowe ptaki pośród krzewów. I tym razem, nie było jak go przykryć zgiełkiem miasta, wykąpać w morzu ludzi, odsunąć nowym harmonogramem zajęć.
Niczym gwiazda walczącą ciągłym wyrzutem energii ze swoją własną grawitacją, musiałem się w końcu poddać, gdy góry postanowiły dodać swój masyw do ciążenia myśli. I zapadłem się w sobie, miażdżąc złudzenia, które następnie odrzuciłem w mgławicę liter i niepotrzebnych znaczeń.
I nie ma konfliktu z istnienia w świecie i poznawania siebie, bo im bardziej poznajesz siebie, tym bardziej jesteś obecny w życiu. I nie ma kryzysu wieku średniego, a jest proces rafinacji i odrzucenia tego, co niepotrzebne, z jednoczesnym docenieniem tego, co ważne.
Jedź do raju, mówili. Nie mówili, że skończy się to implozją i supernową.


























Nie ma jeszcze komentarzy