(lub o ćwiczeniach na wizualizację bycia )
Podczas bezchmurnej nocy, gdzieś z dala od świateł miasta, popatrz się w górę, a zobaczysz ciemne niebo pełne białych gwiazd. Te gwiazdy to wszystkie wydarzenia, jakie mogą się przytrafić w Twoim życiu. Im jaśniejsza gwiazda, tym wydarzenie szczęśliwsze. Im ciemniejsza – tym smutniejsze.
Teraz poprowadź po niebie jedną prostą linię od gwiazdy do gwiazdy. Na tej linii znajdują się wszystkie wydarzenia, jakie się przytrafią w Twoim życiu. Zobacz, że ta linia ma gdzieś początek i gdzieś koniec. Wiesz, gdzie się zaczyna. Nie wiesz, gdzie się skończy. Jak tor spadającej gwiazdy.
Ta jedna linia, którą możemy poprowadzić od jednego zdarzenia do drugiego zdarzenia, to nasza opowieść, którą snujemy o sobie. Dla siebie i dla innych. Ktoś będzie opowiadał o ciągłym nieszczęściu. Ktoś inny o jego wyjątkowości.
Tak to już jest. Każdy ma inne rozgwieżdżone niebo i każdy ma jedną linię. Mimo że gwiazdy zostały rozrzucone na niebie w przypadkowym układzie, to wciąż staramy się dostrzec na nim wzory. Niczym starożytni grupujący świecące kropki w gwiazdozbiory.
Gdy wymażesz tę linię, pozostaną tylko białe kropki na bezkresnym oceanie czerni.
To z jednej strony ma prawo przerażać. Z drugiej – może wyzwolić. Bo w miejsce zmazanej sztywnej linii, mogę teraz poprowadzić grube pociągnięcia żółtej farby lub delikatne muśnięcia ołówka. I tak długo, jak nie zahaczam o gwiazdy, które się nie wydarzyły, to jest to spoko.







Nie ma jeszcze komentarzy